Michał Rzecznik, „Sylwetki i cienie”

W minionym roku swoją działalność zakończyło Wydawnictwo Komiksowe, stanowiące przez około 6 lat istotną oficynę każdego polskiego miłośnika powieści graficznych. Na pożegnanie zafundowało ono jednak swoim fanom publikację, która bez wątpienia może uchodzić nie tylko za jeden z najlepszych dzieł owego gatunku A.D. 2019, lecz również ostatniej dekady. Jej autorem jest Michał Rzecznik znany czytelnikom naszego bloga z takich tytułów jak Reformator. Marcin Luter oraz stworzonego wspólnie z Przemysławem Surmą nostalgicznego 88/89. Tym razem twórca Bardzo złych policjantów postanawia przedstawić… siebie, a przede wszystkim swoją rodzinę.

Wspomnienie otwierające komiks związane jest z warszawskim Pałacem Kultury i Nauki. To właśnie w jego okolice trafił pozostawiony bez opieki matki kilkuletni tata autora mając nadzieję, iż w tym budynku pracuje jego ojciec Gustaw. Od tej chwili zapuszczamy się w coraz odleglejszą przeszłość rodziny Rzeczników. Poznajemy m.in. historię przywołanego powyżej dziadka artysty, jego żony Stefanii oraz ich trudnego, zakończonego rozwodem małżeństwa, a także losy wcześniejszej generacji. Choć życiorys każdej z tych osób nie wydaje się być szczególnie wyjątkowy na tle biografii wielu innych ludzi, przedstawienie ich w tak interesującej formie (o czym więcej za chwilę) oraz z dużą dozą humoru sprawia, iż stają się one bardzo ciekawe.

Sama koncepcja powieści graficznej non-fiction nie należy oczywiście do szczególnie nowatorskich. Aby poprzeć tą tezę wystarczy wspomnieć takie klasyki jak chociażby Maus, Persepolis czy nasz krajowy komiks Marzi. Co innego jednak z zaproponowaną przez autora formą. Rzecznik postawił sobie za cel stworzenie dzieła składającego się wyłącznie z improwizowanych scen. Innymi słowy: dzieła pozbawionego scenariusza, a nawet jakiegokolwiek planu. Taka koncepcja, choć frapująca, wymagała od twórcy nie tylko dużego talentu, ale też sporej odwagi i umiejętności panowania nad projektem. Autor wyszedł z tego jednak obronną ręką i zafundował czytelnikom niespotykane do tej pory intrygujące połączenie tradycyjnego komiksu, kolażu oraz rodzinnego albumu ze zdjęciami.

Czy wobec powyższego Sylwetki i cienie należy uznać za komiks (auto)biograficzny? Odpowiedź brzmi: nie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, autor wyraźnie zaciera granice pomiędzy faktami i fikcją. Ma to uzasadniony cel, ponieważ – po drugie – dzieło stawia sobie za cel dotknięcie problemu poszukiwania jedynej słusznej prawdy na temat przeszłości swojej oraz swojej rodziny, która… nie istnieje. Każdy uczestnik danych wydarzeń pamięta je bowiem wybiórczo, a także na swój własny sposób. I nawet jeśli zestawimy te wspomnienia ze sobą łącząc niczym puzzle i tak nie otrzymamy pełnego obrazu określonej sytuacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *