Sebastian Skrobol, „Quiet Little Melody: A Simply Fairytale”

Lubicie filmy w reżyserii Tima Burtona? Jeśli tak, ten komiks jest dla Was. Klimat publikacji, podobnie zresztą jak ten, z którym kojarzony jest twórca Soku z żuka i Gnijącej panny młodej, można streścić w jednym zdaniu znajdującym się na rewersie okładki omawianego dzieła. Wydawca pisze tam, iż nie jest to bajka na dobranoc, ale na dzień dobry. Czemu? Z prostej przyczyny – ma to nas ostrzec przed koszmarami sennymi, mogącymi nam towarzyszyć po zapoznaniu się z zawartością książki. Jej autor, Sebastian Skrobol, nie szczędzi nam bowiem mrocznej atmosfery, krwi i śmierci.

Prolog wydaje się być znajomy: mała dziewczynka w czerwonej bluzie z kapturem wchodzi do lasu, który od samego początku robi wrażenie koszmarnego i przygnębiającego. Już to pokazuje nam, że tym razem nie będzie to jeszcze jedno opowiedzenie oklepanej oraz kojarzonej przez wszystkich historii z udziałem złego wilka oraz babci. Groźnie wyglądająca przestrzeń wciąga w siebie niczego nieświadomą bohaterkę, a wraz z nią osoby zapoznające się z komiksem. Już na starcie swojej drogi dziewczynka kaleczy się w dłoń. Zraniona musi uciekać przed wyczuwającymi krew i atakującymi ją krukami. Schronienie znajduje w dziurze odkrytej w jednym z drzew. Okazuje się być ona ukrytym, tajnym przejściem. Natrafia tam na szkielet chłopca, a także emanujący blaskiem trójkąt. Jakie będą jej dalsze losy? Tego nie da się streścić. Zresztą nie ma powodu, aby to robić. Najlepiej po prostu wspólnie z nią kontynuować wędrówkę do lesie. Lesie, gdzie czeka wiele niebezpiecznych przygód i w którym mieszają się znane baśniowe motywy, począwszy od Czerwonego Kapturka poprzez Jasia i Małgosię a skończywszy na nieśmiertelnej Alicji w Krainie Czarów.

Wbrew podtytułowi, książkę Skrobola ciężko jest nazwać prostą bajką – daleko jej do podań, którymi rodzice i dziadkowie dzielą się z dziećmi. Nie tylko z racji jej przerażającego charakteru, ale również dlatego, że ciężko znaleźć sposób na opowiedzenie historii, w których nie pada ani jedno słowo. A taka właśnie jest ta zaserwowana nam przez wspomnianego rysownika i scenarzystę (jeśli nie liczyć kilku onomatopei i napisów początkowych). Skrobol stanął przed trudnym zadaniem polegającym na przedstawieniu opowieści jedynie przy pomocy obrazów, jednak wyszedł z niego obronną ręką. Oglądający jego komis odbiorca ma wrażenie obcowania z filmowym horrorem, który w swoim zamierzeniach artystycznych – tak, aby jeszcze bardziej spotęgować strach odbiorców – pozbawiony został warstwy dźwiękowej. Nie udałoby się go stworzyć, gdyby nie zastosowane przez niego zabiegi wizualne. Żaden z rysunków nie zostawia miejsca na jakikolwiek element przypadkowości, a wszystkie zawarte na nich szczegóły są równoprawnie ważne, w związku z czym niemożliwe jest przejście do kolejnej strony po jedynie pobieżnym obejrzeniu wcześniejszej. Rolę podkładu dla prac Skrobola pełni nie, jak w przypadku większości komiksów, biel, ale czerń podkreślająca powagę publikacji oraz przywołująca grobową aurę. Istotną rolę pełnią też barwy wykorzystane na rysunkach. Spełniają one nie tylko estetyczną funkcję, lecz są przy tym również wskazówką czasu, w którym aktualnie rozgrywa się akcja dzieła – zieleń to czas teraźniejszy, czerwień oznacza to, co było kiedyś, natomiast intensywny błękit to dzień poprzedzający wędrówkę do lasu i wyjaśniający dlaczego do niej doszło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *